Łysy Wąż Blog

Kamil "Łysy Wąż" Walicki

Prawdziwą przegraną jest rezygnacja

Mglisty poranek nie zachęcał do wyjścia z namiotu. Wystawiłem łysinę spod tropiku i zacząłem się zastanawiać, czy to szarówka i dzień powoli zaczyna przezwyciężać noc, czy jest widno i tylko mgła – dusicielka przysłania świat. Drzemiący we mnie wędkarski włóczęga szarpał się w środku mnie i już, teraz, natychmiast! – kazał mi opuścić ciepły śpiwór…

Spora łódka sunęła w ciszy, tnąc śrubą silnika elektrycznego gładką toń jeziora. Trzciny i przybrzeżna połacie gęstych grążelisk zniknęły mi z oczu niemal natychmiast. Gdyby nie mały, sprytny nadajnik GPS zgubiłbym się pół minuty po ruszeniu na wodę. Mgła była gęsta, ciężka, wilgotna, miałem uczucie, że przylepia mi się do twarzy, wdziera do nosa, ust, zaczyna mnie dusić… Wokół panowała cisza – taka, która docierając do uszu mieszkającego w wielkim mieście nieszczęśnika aż boli wewnątrz. Cisza niesamowita, głęboka – kolejny, choć niedoceniany żywioł tej planety.

rezygnacja_1

Ekran echosondy podpowiadał, że właśnie wpływam na namierzoną dzień wcześniej miejscówką – rozległy twardy blat na głębokości sześciu metrów, wychodzący z niemal dwa razy większej głębiny. Postanowiłem postawić kotwicę na jego środku, aby móc dokładnie obłowić wypłycenie dookoła łodzi. Przeważnie staję na wodzie głębszej i prowadzę gumy z płycizny na głębinę, ale pomyślałem, że gęsta mgła ograniczająca promienie wschodzącego słońca przedłuży sandaczowe harce na blacie. Nie chciało mi się pływać w poszukiwaniu drapieżników i postanowiłem poczekać, aż same do mnie trafią…

Pierwsza godzina łowienia przyniosła mi dwa niemrawe puknięcia w gumę, jednak najprawdopodobniej były to zedy wielkością przypominające jazgarza, a nie sandacza. To znak, że te większe jeszcze nie wpłynęły na żerowisko. Duży czy nawet średni mętnooki szybko albo przegoni, albo pożre pobratymcę lichego rozmiaru. Nie ma się co zrażać i warto przeczekać ataki napastliwych kurdupli.

rezygnacja_2

Czas mijał, mgła stawała się coraz rzadsza aż lekki wiaterek rozmył ją całkowicie. Dwa razy dałem się zaskoczyć i jak ostatnia pipa nie wciąłem solidnych „pstryków”…zsunięta z haka guma mogłaby stać się powodem drwin pod moim adresem, na szczęście byłem sam na pokładzie łódki, a samemu z siebie śmiać się nie wypada (…i tej wersji się trzymajmy…). Słońce grzało już coraz mocniej i moja wiara w sukces zaczynała słabnąć – ba!, ona grzmotnęła z hukiem o podłogę mojej krypy. Na powierzchni mojej glacy powoli zaczynało wrzeć i pomyślałem, że czas spłynąć, odpocząć i przeczekać środek upalnego dnia w cieniu. Wierzę jednak w magię ostatniego rzutu, ostatniej minuty, wiem, że nie wolno się poddawać – postanowiłem zatem poholować jakiegoś wobka za rufą pływadła. Skoro i tak wlokę się na silniczku elektrycznym, to można wykorzystać przemieszczanie się ślimaczym sprintem choć w ten sposób. Podniosłem kotwicę, przepłynąłem na początek blatu i wypuściłem w kilwater plastikową rybkę ze sterem w pysku. Oczojebna Rapala zamerdała ogonkiem i żwawo zanurzyła się w czystą toń bajora. Łódź minęła spadek dna i zjechałem na wodę o głębokości 12 metrów. Gdy po kilkunastu sekundach wobler przepływał w tej okolicy, poczułem na kiju mocne przytrzymanie i skwitowałem je zacięciem. Szybko wyłączyłem silnik i na mojej gębie pojawił się uśmiech -miły, pulsujący ciężar na drugim końcu zestawu. Ryba na solidnym kiju i plecionce o średnicy 0,18mm nie miała szans, więc po chwili wylądowała w moich szponach. Ot, taki wymiarek, który jednocześnie trochę cieszy, ale też wzbudza poczucie niedosytu. Krótka sweet focia i sandaczyk niedługo objawi swe zębate oblicze na fejsiku.

rezygnacja_3

Zrobiłem nawrotkę i jeszcze dwukrotnie przeciągnąłem woblera po kancie, jednak więcej brań nie było. W tym czasie na mojej glacy można by usmażyć jajko – żar lał się z nieba, a leciutki wiaterek nie przynosił ukojenia. Ehh, wędkarze to uparciuchy, więc postanowiłem dać sobie ostatnią szansę – przepakowałem krypę na głębszą wodę z zamiarem wykonania dziesięciu rzutów gumą. W trzecim czy czwartym rzucie kolejny tego dnia „pstryk”, który udaje mi się tym razem wciąć. Drapieżnik jak przystało na przedstawiciela swego gatunku chwilę muruje do dna, ale że fighterem nie jest szybko „puchnie” i odklepuje poddanie. No, ten sandacz jest już trochę większy i zaczynam żałować, że jestem sam na łodzi. Samotność jest fajna do momentu, w której pomyślnie lądujemy fajną rybę i…nie ma kto zrobić zdjęcia. Kładę gadzinę na gąbce pokrywającą bakistę, robię kilka szybkich fotek i zapominam nawet przyłożyć miarkę przed wypuszczeniem.

rezygnacja_4

No nic, spotkamy się następnym razem… Kilka kolejnych rzutów przynosi mi zeda 50+, jednak w tym upale zaczyna mi się robić ciemno przed oczami, a nagrzana dyńka zaczyna naprawdę mocno boleć… Uciekam z wody…

Cóż, po raz kolejny życie dało mi nauczkę – nie wolno się poddawać do ostatniej chwili, do ostatniego rzutu. Nawet ten naprawdę ostatni (bo jak wszyscy wiemy, „ostatni rzut” może trwać nawet godzinę…) rzut może odmienić słaby dzień w udaną wyprawę i nigdy nie powinniśmy rezygnować. Jak ktoś mądry powiedział – „…prawdziwą przegraną jest rezygnacja…”.

Kamil „Łysy Wąż” Walicki

 

Tags:

lysywaz

About

Niewielu mi uwierzy, ale noce spędzone z wędką w ręku w przybrzeżnych krzakach mają swój urok. Uwielbiam witać nowy dzień nad wodą i dość często bywa, że krótki nieplanowany wypad na ryby przeciąga się do dwu- lub trzydniowej włóczęgi brzegiem rzeki. Staram się łowić wszędzie tam, gdzie uda mi się dojść, dojechać lub dopłynąć – od najmniejszych glinianek, poprzez rzeki, jeziora, aż po morskie głębiny. Moje serce skradła jednak wielka rzeka – Wisła. Uganiam się głównie za drapieżnikami i najchętniej skrzyżowałbym sandacza z boleniem, choć czasem zdarza mi się zdradzić spinning na rzecz drgającej szczytówki. Kocham przyrodę, ciszę i spokój nad wodą. Nie toleruję ludzi śmiecących na brzegach rzek i jezior oraz tych, którzy nie szanują zwierząt.

View all posts by

4 komentarze

  1. siwypike
    siwypike says

    Jest coś magicznego w ” ostatnich rzutach wyprawy”. Ten promyk nadziei, że za chwile wszystko się zmieni. 🙂

  2. FanAtyk says

    Podobnych sytuacji z „ostatnim” rzutem każdy z nas chyba miał setki. Nie wolno się nigdy za szybko poddawać 🙂

  3. Kamil Z.
    Kamil Z. says

    Fakt. W naszych wodach niekiedy tylko niesamowity upór i konsekwencja sprawiają, że wreszcie coś się zamelduje na haku…
    Przy okazji witam imiennika wśród „zahaczonych” 😉

  4. tomek says

    ostatnie rzuty nigdy się nie kończą 😀