My Fly Passion

Z muchą na nizinach …

Letni czas..

Ostatnie niepowodzenia z pstrągami zniechęciły mnie do uganiania się za nimi do tego stopnia, że w sobotę najzwyczajniej w świecie odpuściłem sobie pobudkę o świcie i pozwoliłem na nieco dłuższy sen. Byłem już nawet naszykowany mentalnie, że pozostanę tego dnia w domu, gdy nagle w głowie pojawiła się myśl: a może tak na klenie?

Długo się nie zastanawiałem, kilka bułek w kamizelkę, butelka wody i można jechać na solidną dniówkę. Warunki iście letnie; gorąco, parno, zniechęcająco..  Kiedy dojechałem na miejsce rzut oka na rzekę i.. no tak, nurtem wesoło spływa sobie kolorowy kajaczek. Od razu zganiłem się w myślach za tą decyzję: sobota + piękna letnia pogoda = mnóstwo kajaków. Jak mogłem o tym zapomnieć?

Postanowiłem przeczekać aż kajakarze przepłyną na bocznej odnodze rzeki, powyżej miejsca gdzie zaczynali i poganiać za okoniami, które licznie łowiłem tutaj jesienią zeszłego roku.  Te jednak nie dopisały. Moją uwagę zwróciły za to stadka jazików, które wesoło pływały sobie w te i wewte tuż pod powierzchnią wody. O ile mniejsze z nich były skore do współpracy, o tyle większe całkowicie ignorowały muchy albo w ogóle nie pozwalały się podejść na stojącej, prześwietlonej wodzie szerokości małej rzeczki. Pomęczyłem się nad nimi jeszcze chwilę by w końcu skapitulować.

Po kajakach ani śladu, więc zgodnie z planem udałem się w dół rzeki. Woda jeszcze trochę podwyższona, nieco mętnawa, na dodatek wierzchem płynęło mnóstwo fafrocli i ździebeł traw, które non stop czepiały się moich „sucharów”. Mimo to umęczyłem kilku przedstawicieli kleniowego przedszkola. Nie po to jednak przyjechałem, więc zaraz pognałem w miejsce gdzie wiosną namierzyłem całkiem przyjemne stadko fajnych rybek.

Gdy tam dotarłem trochę się zawiodłem. Spodziewałem się ryb żerujących na powierzchni, tymczasem nie dostrzegłem żadnego śladu ich obecności. No nic. Założyłem leciuteńką nimfkę i instynktownie zacząłem obławiać rynnę na długiej lince ściągając ją z prądem rzeki. Branie nastąpiło pod uschniętym drzewem, którego jeden z konarów leżał już na dnie i zapewne organizował rybkom wspaniałe domostwo. Od razu poczułem, że moim szklakiem targa solidny klenik, po czym dostrzegłem jego cielsko uwijające się między gałęziami. Cwaniak szybko odzyskał inicjatywę i zaparkował w korzeniach. No to koniec. Mój rekordowy kleń wygrał tę walkę.

Miałem już standardowo pogratulować mu wiązanką mniej odpowiednich do cytowania epitetów, gdy dostrzegłem, że przypon się nie zerwał i wciąż mam szansę, by „wyplątać” się z kłopotów. Ruszyłem więc do ryby, jednakże musiałem stanąć jeszcze przed środkiem rzeki… woda niemal wlewała się w spodniobuty. Czym prędzej wylazłem więc na brzeg, zrzuciłem z siebie wszystko czego nie chciałbym zatopić i z powrotem w nurt 😀 Gdy pod stopami poczułem zatopione konary, woda sięgała już prawie pod szyję, co utrudniło nieco manewrowanie wędką. W końcu się udało, a kleń potężnym odjazdem zamurował wprost pod inne podwodne przeszkody. Mocna kontra, kij wygięty w pałąk i jakoś zdołałem go stamtąd odciągnąć. Walka na otwartej wodzie była już czystą przyjemnością. Wreszcie, po ciekawych przygodach, ekwilibrystycznych wygibasach między korzeniami z wędką w ręku udało się podebrać rybę.

1

Pierwszy letni wypad na klenie w tym roku okazał się bardzo udany, co wyjątkowo naostrzyło mój apetyt 🙂 Zobaczymy, jak to będzie dalej.

Pozdrawiam!

 

Tags:

michalp

About

View all posts by

3 komentarze

  1. Pszemo says

    Bardzo ładna rybka, na muchę mega frajda 🙂

  2. hlehle
    hlehle says

    Ile mierzył? 🙂

    • michalp
      michalp says

      48 centów. O 5 z przodu będzie trzeba jeszcze powalczyć 😛