Kotwica w łapie, czyli szpital polowy „step by step”.

Każdy z nas zna przysłowie o tym, że „wypadki chodzą po ludziach”. Warto by się zastanowić, czy w naszym wędkarskim slangu nie powinna funkcjonować wersja z dodatkową częścią tego jakże prawdziwego zdania, traktująca właśnie o nas. Tak. Wędkarstwo potrafi być „kontaktowym sportem”. Im bardziej mobilna odmiana naszego hobby, tym więcej okazji do nabawienia się jakiegoś urazu. Chyba najczęstszym i najłatwiejszym do wyobrażenia sobie wypadkiem, jaki przychodzi nam na myśl, jest wpakowanie sobie grotu haka, bądź kotwicy w palec, dłoń, lub np twarz. Serio. W twarz. Odstrzelona z płytkiego zaczepu przynęta, zmierza w kierunku naszych oczu, niczym pocisk. Pamiętajcie więc, że okulary polaryzacyjne mogą pełnić też rolę ochronną! Najbardziej powszechne jest jednak zainstalowanie „żądła” naszego wabika w ręce, palcu itp. Pamiętajmy, że z anatomicznego puntu widzenia, dłoń człowieka jest bardzo skomplikowana. Pełna jest niewielkich kości, ścięgien i włókien mięśniowych. A także, z racji swej użyteczności, niezmiernie dla nas istotna (miałem na myśli pisanie i wyszywanie!! 😉 ) , dlatego nie można bagatelizować żadnego przypadku.

Dlatego już na początku tego tekstu chciałbym do wszystkich zaapelować, aby poniższego wpisu nie traktowali, jako obowiązkowego algorytmu postępowania, a jedynie podpowiedź, jak poradzić sobie w sytuacji kryzysowej. W sytuacji, kiedy nie mamy możliwości zjawić się w jakiejkolwiek placówce medycznej (choć, jak pokazują przykłady kolegów po kiju, te, wcale nie gwarantują nam łatwego i przyjemnego rozwiązania sprawy, ale to już zupełnie inna para….spodniobutów 😉 )

Jeden z ostatnich moich wpisów zakończyłem wzmianką o tym, jak to mój superłowny Panic HMS upolował prawdziwego KONIA. Pomimo owocnej redukcji, jakby nie patrzeć, to dalej jakieś 75 kg mięsa! 😉 Żarty żartami, ale uwierzcie, że w samym sercu nadodrzańskiego buszu, wcale nie było mi do śmiechu. Początkowo. Zimna krew szybko zastąpiła równie lodowaty pot na skroni, a ja szybko kalkulowałem różne strategie dalszego postępowania. Opcja nr 1 : Kierowanie samochodem z ręką udekorowaną boleniowym woblerem. Może zajęcie to nie należy do najbardziej przyjemnych, ale z drugiej strony – szpital… To oprócz „przerzucenia zadania” wyciągnięcia kotwicy na kogoś innego, także gwarancja choćby zastrzyku przeciwtężcowego. Opcja numer dwa : Ej! Nie takie rzeczy ludzie ogarniają sami… Może jednak dam radę? Hm…Przy aucie szybka decyzja podjęta nie bez udziału ogromnie istotnej kwestii – kombinerki, które noszę w kamizelce, wyposażone są w przecinak do drutu, który będzie niezbędny, by pozbyć się niechcianej „ozdoby”. A co mi tam! Spróbuję!

Tobie też się to zdarzyło? Ok. To jest nas dwóch. Lecimy z tym koksem!

Po pierwsze, spróbujmy ograniczyć rozmiary naszego „breloka”, czyli kotwicę trzeba jakoś delikatnie odpiąć od przynęty.

Uffff. Od razu lepiej. Teraz zaczęło się tzw. „rozpoznanie wroga”, czyli próby delikatnego poruszenia ciałem jakże obcym. Wnioski nie są optymistyczne. Ostrze weszło w głąb tkanki i próba siłowego wyrwania raczej odpada – zbyt duże ryzyko wywleczenia mięśnia na zewnątrz. Pozostaje więc jedno – przebicie na wylot. Tutaj kolejna, bardzo istotna uwaga. Takie postępowanie możliwe jest tylko wtedy, gdy po drodze, nasze ostrze nie napotka żadnych przeszkód w postaci kości, czy innych istotnych elementów. Po drugie, im drut kotwicy grubszy, a zadzior (bo to on jest tu największym problemem – a mówiłem : BEZZADZIORY!) bardziej odstający, tym nasze zadanie trudniejsze. Po trzecie – ludzka skóra i tkanki pod nią się znajdujące, są twardsze, niż mogłoby się nam wydawać. Serio. Lepiej uwierz mi na słowo i sam tego nie sprawdzaj. Ok. Skoro więc ustaliliśmy, że kotwicę mamy uwolnioną od reszty przynęty, możemy rozpocząć najtrudniejszą część całej tej, nazwijmy to…zabawy 😉

Przebijanie! Warto wspomóc się kombinerkami, lub innymi dostępnymi narzędziami. Jeśli jednak czujesz, że nie dasz rady. Że ból jest naprawdę znaczny, a Tobie na widok własnej, lub cudzej krwi robi się słabo – nie ma co kozaczyć. Naprawdę. To nie front wojenny. Jeśli jednak zmuszą Cię do tego okoliczności lub na przykład jesteś naprawdę daleko od cywilizacji – to raczej nie masz wyjścia. Zagryzasz zęby i próbujesz, pamiętając, by droga, jaką ma pokonać ostrze wewnątrz naszego ciała, była możliwie jak najkrótsza. Pierwszym przełomowym momentem, jest przebicie skóry od wewnętrznej strony,

Drugim zaś, chyba nawet trudniejszym, wyprowadzenie całego grota na zewnątrz. Kulminacja, to wyjście zadziora. Przeszedł? No. To jesteśmy w przysłowiowym domu…

Ej! Teraz mi mówisz, że nie masz przecinaka do drutu? Eh… A o czym ja pisałem chwilę temu? Jedź jednak do tego szpitala…

Jeśli jednak masz ze sobą odpowiednie narzędzia, pozostaje odciąć grot kotwicy. Tak. Ja wiem, że Twój Owner kosztował kilka złotych za sztukę. Trudno. Jednego przebolejesz… Po przecięciu drutu poniżej zadzioru, możemy powoli otwierać szampana, albo coś innego, ale spokojnie. O tym przeczytasz za chwilę.

Udało się? Powinno to wyglądać mniej więcej tak:

Pozostaje tylko wyjąć pozostałą część kotwicy z naszego ciała i przydałoby się choć symbolicznie zdezynfekować ranę. Wozisz w schowku piersiówkę z ulubioną whiskey na „czarną godzinę” ? No, to teraz możesz jej użyć. Powierzchniowo! Na ranę!! No, chyba, że nie będziesz prowadził auta, to dezynfekcję możesz przeprowadzić również od wewnątrz. Ważne! – nie zaczynaj procesu pozbycia się kotwicy właśnie od tego etapu. Może się wówczas okazać, że kotwice w ciele będziesz miał jednak dwie, a środka do dezynfekcji zabraknie Ci na później.

Udało Ci się? No! Brawo! Zuch! Właśnie zdobyłeś sprawność chirurga polowego. To nic, że nie byłeś harcerzem. Po prostu w przyszłości uważaj, bo nie każda tego typu sytuacja, może zakończyć się happy endem, a więcej tego typu sprawności, chyba nie jest Twoim celem.

Do następnego! 😉

Acha. I lepiej usuń te zadziory. Serio. Wcale nie będziesz tracił ryb.

Avatar photo

About

Wędkarstwo towarzyszy mi od najmłodszych lat. I z każdym dniem staje się coraz ważniejsze i pochłania mnie coraz mocniej. Aż boję się pomyśleć, co ze mną będzie za parę lat! ;)

View all posts by

2 thoughts on “Kotwica w łapie, czyli szpital polowy „step by step”.

  1. nie ma co się zastanawiać:)
    – odpinasz dowolną kotwicę od woblera – po to żeby drugiej sobie nie zapiąć:)
    – kombinerkami jednym szarpnięciem wydzierasz kotwicę (da się też użyć kawałka plecionki przywiązanej do np. drzewa)
    – ewentualnie jak masz czym odkażasz rankę
    mniej bolesne, szybsze i zawsze działa:) wiem o czym piszę, już trzy razy wyjmowałem, w tym sumową 2/0 z prawej dłoni:(
    pozdrawiam, Michał

  2. Wczoraj miałem piękna Rapale pod lewą pachą. Wyszarpywanie z zarośli, efekt procy, osłona przed woblerem i strzał w korpus. Sam na pontonie uzbrojenie to liturgiczne szczypce do wyłączania. Na szczęście kotwica z dobrej stali łatwiej złamać niż uciąć. Przebijając skórę polecam podłożyć cokolwiek by przytrzymać inaczej będziemy ciagleli na pół metra. Wyszło. 🤣

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *