Sumowe łowy drużynowe.

Tak to ocenia Hlehle. Że sumowe wyprawy, to wspólny wysiłek, a więc i sukces liczy się na drużynę. Fakt. Ostatnio dane mi było się przekonać, że z niemałą rybą dużo łatwiej sobie poradzić, działając drużynowo. A może dlatego tak łatwo mi przyjąć tą „teamową” teorię, bo tym razem to nie ja złowiłem i cząstkę sukcesu biorę na siebie? 😉

Na ryby znowu udało się wyciągnąć Arka. Nasz poprzedni wypad dał kilka fajnych rybek, więc czemu by nie iść za ciosem? Tym razem postawiliśmy wszystko na jedną kartę, w myśl zasady „albo grubo, albo wcale”. A więc cel był jasny- sum.

Docieramy nad wodę, pompujemy pływadło, montujemy „blender” i już po chwili prujemy przez odrzańskie odmęty! Ponieważ nazwanie nas „sumiarzami” byłoby znaczącym nadużyciem, pewne rzeczy robimy na wyczucie, inne zaś w oparciu o skromne doświadczenia i wędkarskiego „nosa”. Arek konsekwentnie miesza wodę jednym woblerem, a ja co jakiś czas zmieniam, szukając czegoś, co skusi jakiegoś wąsa do ataku. Po drodze mijamy kilka ekip próbujących swoich sił przy pomocy różnych metod- wszyscy póki co na O. Presja niemała, a więc ryby nie mają lekko. U nas też wiele się nie dzieje, pomimo, że na ekranie echosondy kilkukrotnie zauważyliśmy imponujące odczyty, jakie mógł pozostawić tylko ON.

Przesuwając się powoli w górę rzeki, wreszcie Arek melduje o braniu. Natychmiast zwijam swój zestaw, napływamy na rybę i zaczyna się przeciąganie liny. Chwytam za kamerkę, by uwiecznić całą akcję, jednak w domu okazuje się, że przestawiły mi się ustawienia i…zamiast nagrywać film, kamerka robiła co kilka sekund zdjęcie. Szkoda, ale jest kolejny powód, by wypad powtórzyć 😉

Po chwili pompowania ryba wyłania się i widzimy, że jest większa, niż początkowo ocenialiśmy. Ma na pewno ponad półtora metra. Ubieram rękawiczki. Klaps w „czółko”. Ryba robi nawrót i wali ogonem o wodę. Jeszcze jeden odjazd. Arek kontroluje całą sytuację i ponownie naprowadza mi „marmurka”. Udaje mi się chwycić go za „szufladę”. JEST! Nie wciągam ryby do pontonu, tylko trzymając rybę w wodzie spływamy do pobliskiej plaży, która okazuje się być mulistym bajorem, które już w pierwszych dwóch krokach, bezpowrotnie pozbawia Arka klapków 😉 Nic to. Ryba najważniejsza. Oddaję spasione rybsko Łowcy i robimy krótką sesję foto.

2

Czas na mierzenie. Miarka pokazała 163cm, a więc poprzednia życiówka poprawiona i to znacznie! Gratulacje! Słowa uznania słyszymy też od wędkarzy łowiących z brzegu, jak i mijających nas żeglarzy. Radość jest tym większa, jak po chwili obserwujemy Króla Wód, który wraca do swojego naturalnego środowiska.

3

 

Uf. Ryba popłynęła, a my..utytłani w śluzie i błocie, próbujemy się jakoś ogarnąć i wrócić do łowienia. Niestety, po niedługim czasie silny wiatr przygnał ciemne chmury, z których zdrowo lunęło. Szczęście, że udało się nam schronić pod drzewem rosnącym blisko wody. Mimo to, cali przemokliśmy, a oczywiście żadnych ubrań przeciwdeszczowych nie wzięliśmy- miał być upał, plażing i suming 😉 W chwili słabszych opadów podejmujemy decyzję- wracamy. Prujemy, ile moja „Tosia” ma sił. Oczywiście, przy aucie deszcz przestał padać, nawet nieśmiało wyszło słonko. Ale na dziś wystarczy, kolejna przygoda, miejmy nadzieję już niebawem 🙂

Kamil Z.

About

Wędkarstwo towarzyszy mi od najmłodszych lat. I z każdym dniem staje się coraz ważniejsze i pochłania mnie coraz mocniej. Aż boję się pomyśleć, co ze mną będzie za parę lat! ;)

View all posts by

7 thoughts on “Sumowe łowy drużynowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *