Letni dryf z kwokiem, czyli niespodziewany przyłów.

Można powiedzieć, że przyłów się nie liczy. Bo przecież złowiona ryba , która nie była naszym bezpośrednim celem połowu, może zostać uznana, za zwykły przypadek, lub fart. Możliwe. Nie znaczy to jednak, że te zdobycze nie cieszą. Przeciwnie. Czasem taka niespodzianka potrafi poprawić nastrój, podnieść wędkarskie morale i okazać się niezłą przygodą. I właśnie o takiej przygodzie, która przydarzyła mi się w sierpniu zeszłego roku, chciałem dziś napisać.

Upalne lato. Piękna pogoda zachęca do wyjazdów nad wodę, jednak napięty grafik nie pozwala na zbyt wiele eskapad. Dodatkowym motywatorem okazuje się mój serdeczny kolega z czasów studenckich. Koleje losu zaprowadziły go daleko poza granice naszego kraju, więc przylot do Polski, to świetna okazja do spotkania. Dodając do tego, że Grzesiek kiedyś trochę wędkował, to czemu by nie połączyć obu wątków i nie zorganizować spotkania nad wodą? Co prawda kolega nie posiada uprawnień na nasze wody, ale postanowił mi towarzyszyć podczas krótkiego desantu pontonowego. Pakuję cały wędkarski majdan i…jadę do pracy. Kończę około 14 i pędzę prosto nad wodę. Niespiesznie, ciągle gawędząc, rozkładamy dmuchaną łajbę i wypływamy nad wodę. Ponieważ nie będziemy długo pływali, a i same ryby przy okazji spotkania są kwestią drugorzędną, zabrałem tylko jedną mocną wędkę na sumy, kwoka i paczkę rosówek. Ustawiam ponton w dryfie i obserwuję echosondę, czy moje starania przynoszą jakikolwiek skutek. Popijając bezalkoholowe, udaje się zanotować kilka wyjść, ale nie doczekałem się strzału. Kolejny raz uwydatnia się różnica pomiędzy teorią, a praktyką.

Kolejne napłynięcie. Echosonda wskazuje podwodną górkę i sporo drobnicy. Obok całkiem ładny zapis. Nie dokonując jakiejś dogłębnej analizy zapisu na ekranie, podnoszę wyżej przynętę i nadaję jej nieco agresywnych ruchów. Nie zdążyłem popatrzeć na ekran, gdyż coś nagle chciało wyrwać mi plecionkę z ręki. Docinam, puszczam linkę i chwytam za kij. Ryba nurkuje, Wyginając dwumetrowy kij do 200g. Zestaw mam mocny, więc holuję zdecydowanie. Jestem pewny, że to niewielki sum. Jednak zarys ryby w czystej wodzie jakoś mi nie pasuje. Pompka, pomka i wynurza się…szczupak! Tego jeszcze nie grali…Ryba jest naprawdę ładna. Sprawny chwyt pod pokrywę skrzelową i…nie wziąłem miarki. Dziwne, bo zawsze staram się, żeby była na pokładzie. Kolega mówi, że ma w aucie, ale nie ma sensu płynąć do brzegu. Jest ciepło i mogłoby to zaszkodzić rybie. To nie życiówka, więc nie ma co walczyć o każdy centymetr. Decyduję się na orientacyjny pomiar. Kładę rybę na burcie i przykładamy wędkę. Zaznaczamy długość ryby, po czym obserwujemy, jak majestatycznie odpływa. Piękny moment. Wracamy jeszcze do łowienia, ale nadchodzi zmierzch. Czas powoli kończyć. Przy slipie dokonujemy pomiaru i uśredniając, przyjmujemy, że ryba ma 102 cm. Więcej, niż przypuszczałem. Klasyczny przyłów, ale nie powiem, żeby mnie nie cieszył 😉 Co prawda, znowu nie był to długo wyczekiwany sum, ale jak już kiedyś wspominałem, nie zamierzam się poddawać i mój czas jeszcze nadejdzie 😉 Musi!

Kamil Z.

About

Wędkarstwo towarzyszy mi od najmłodszych lat. I z każdym dniem staje się coraz ważniejsze i pochłania mnie coraz mocniej. Aż boję się pomyśleć, co ze mną będzie za parę lat! ;)

View all posts by

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *